Oddajcie nasze lasy, oddajcie naszą duszę
Łemkowie nie mogą się zdecydować, czy są narodem, czy grupą etniczną narodu ukraińskiego. Jedno jest jednak pewne: zostali wygnani ze swojej ziemi, zabrano im ziemię, lasy, a nawet cmentarze, i najwyższy czas skończyć z tą jawną niesprawiedliwością. Tego właśnie oczekują od demokratycznego państwa. Łemkowyna (Łemkowszczyzna) — rozciąga się na południu Polski od Sanu do Popradu. Do zakończenia drugiej wojny światowej zamieszkiwali ją w zwartym osadnictwie Rusini Karpaccy, zwani przez sąsiadów „Łemkami" z powodu używania przez nich słowa „łem", odpowiadającego polskiemu „tylko", „lecz". Ich nieszczęście zaczęło się tuż przed upadkiem Berlina. Po ustaleniu nowych granic między Polską a Związkiem Sowieckim w ramach tak zwanej wymiany ludności NKWD (przy współpracy sowieckiego wojska) rozpoczęło masowe deportacje. Od wiosny 1945 roku do lata 1946 większość z prawie 180–tysięcznej społeczności polskich Rusinów została wywieziona na Ukrainę. Deportacje miały brutalny przebieg, ponieważ próbowała je, bezskutecznie, powstrzymywać walcząca z Sowietami Ukraińska Powstańcza Armia. Do drugiego wysiedlenia, tym razem ostatecznego, doszło w 1947 roku w ramach akcji „Wisła", która miała na celu pozbawienie partyzantki UPA oparcia poprzez zlikwidowanie osadnictwa ukraińsko–rusińskiego na wschodzie i południu kraju. Łemkowie stracili wszystko: ojczyznę, ziemię, domy, lasy, a także greckokatolickie cerkwie, oddane przez komunistów rzymskim katolikom. Rusini zostali rozproszeni po wsiach i miastach zachodniej i północnej Polski.
Po rusnacku besiduj Co odróżnia Łemków od Ukraińców? Niektóre obyczaje, stroje ludowe, ale przede wszystkim język. Łemkowie są częścią większej wspólnoty etnicznej, zwanej Rusinami Karpackimi. Lud ten — określający sam siebie jako „Rusnacy" — zamieszkuje południowe i północne stoki Karpat — na Ukrainie, Słowacji, w Rumunii, na Węgrzech oraz w Polsce. Część z nich jeszcze w XIX wieku przesiedliła się do Serbii i dziś tworzy tam rusińską wspólnotę w Wojwodinie. Język Rusinów niewątpliwie ma wspólne korzenie z ukraińskim i wywodzi się z dawnej Rusi Kijowskiej, niekiedy więc jest uważany za dialekt ukraińskiego. Takie postawienie sprawy ma jeszcze sens w wypadku Polski, Węgier, Rumunii, gdzie mowa Rusinów nie została skodyfikowana, jest więc raczej zespołem gwar niż językiem. Jednak na Słowacji w lutym 1996 roku skodyfikowano ją, a jeszcze na początku XX wieku dokonano tego w Wojwodinie. Karpato–rusiński ma tam ujednoliconą gramatykę. Są słowniki, podręczniki. Stał się więc pełnoprawnym językiem. Problem polega jednak na tym, że serbska wersja tej mowy jest przesycona tamtejszymi terminami, podobnie jak słowacka — słowackimi i nie bardzo nadaje się do użytku w Polsce, gdzie łemkowski został silnie spolonizowany, szczególnie jeśli chodzi o terminologię dotyczącą technologii oraz szeroko pojętej cywilizacji. Dziś w Polsce rusiński można usłyszeć w miejscach publicznych tylko na rdzennej Łemkowszczyźnie, gdzie Łemkowie czują się u siebie i nie wstydzą się własnej mowy, ale na zachodzie Polski jest on używany wyłącznie w domach.
Yszczy Łemky ne oddochły, swobody ne majut Po przełomie 1956 roku rząd pozwolił Łemkom wrócić na ich ziemie. Gdy do urzędów wpłynęło kilkanaście tysięcy podań, władze przestraszyły się i cofnęły zgodę. Każdy mógł jednak wracać indywidualnie, jeśli miał dość pieniędzy. Łemkowie nabywali nowe gospodarstwa, a czasami nawet udawało im się odkupić własne domy. Dziś na Łemkowszczyźnie mieszka tylko 10 tysięcy Łemków, około 50 tysięcy żyje nadal w rozproszeniu na ziemiach zachodnich i północnych, na czużyni (obczyźnie) — jak mówią. Do 1989 roku nie było żadnych organizacji łemkowskich. Rusini Karpaccy mogli realizować swoje aspiracje kulturowe — o politycznych nie było mowy — jedynie w ramach koncesjonowanego przez władze ruchu ukraińskiego. I krok po kroku polonizowali się. Gomułkowska odwilż stworzyła wprawdzie warunki do przywrócenia nauki języka łemkowskiego i ukraińskiego w szkołach, z czego Rusini skwapliwie skorzystali, jednak w latach 60. i 70. sytuacja stopniowo się pogarszała. Partia chciała, by Polska była państwem jednolitym narodowościowo, a edukacja po rusińsku przypominała, że tak nie jest. Większość klas łemkowskich zamknięto pod koniec lat 70.
Szto my za odny? Po upadku komunizmu Łemkowie skorzystali z okazji, by zorganizować się w obronie własnej kultury. W 1989 roku powstały dwa konkurencyjne stowarzyszenia: na Dolnym Śląsku Stowaryszynja Łemkiw (Stowarzyszenie Łemków) z siedzibą w Legnicy i na Łemkowszczyźnie Objednannja Łemkiw (Zjednoczenie Łemków) z siedzibą w Gorlicach (Gorlyci). Dlaczego naród liczący zaledwie 60 tysięcy członków nie był w stanie wyłonić jednej organizacji? Powodem są poważne rozbieżności w ocenie własnej tożsamości. Stowaryszynja uznaje Łemków za część narodu karpato–ruskiego, Objednannja natomiast — za grupę etniczną narodu ukraińskiego. — To stara polska tendencja, aby dzielić nas na Łemków, Bojków, Hucułów. Tymczasem jesteśmy jednym ciałem — Ukraińcami — mówi Aleksander Maslej, przewodniczący Objednannja. Sprawa nie jest jednak tak oczywista. Po pierwsze, istnieją przesłanki historyczne pozwalające mówić o odrębności Rusinów Karpackich. Ponadto badania socjologiczne dotyczące poczucia tożsamości Łemków, przeprowadzone w latach 90. dla Międzynarodowej Rady Studiów Europy Centralnej i Wschodniej (CCEES), wyraźnie pokazują, że czują się oni czymś odrębnym wobec Ukraińców, choć z odpowiedzi ankietowanych można wywnioskować, iż większość nie oburzy się, gdyby nazwać ich grupą etniczną, a nawet lepiej — narodową wielkiego narodu ruskiego (ukraińskiego). Podział na dwie orientacje sięga jeszcze XIX wieku, a dziś znajduje odbicie nie tylko w działalności organizacyjnej, ale także szkolnictwie i piśmiennictwie. Stowaryszynja wydaje pismo Besida (Rozmowa), dofinansowywane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, orientacja ukraińska ma za to Watrę (Ognisko) oraz stronę łemkowską w ukraińskim Naszym Słowie — także dofinansowywanym przez ministerstwo. Jest jeszcze wydawany przez środowisko związane z muzeum łemkowskim w Zydranowej kwartalnik Zakorola. Także coraz popularniejsze watry, czyli festiwale muzyki rusińskiej, organizowane są osobno przez Łemków przyznających się do narodowości karpato–ruskiej i Łemków–Ukraińców. Konflikt na tle tożsamości nie przeszkadza jednak obu organizacjom działać wspólnie tam, gdzie jest to konieczne, na przykład w sprawie zwrotu mienia zagrabionego po wojnie, na polu kulturalnym i w obronie dziedzictwa historycznego.
De naszy cerkwy, de naszy mohyły? Tożsamość Łemkowyny ginie jeszcze szybciej niż język rusiński. W Beskidzie Niskim osiedla się coraz więcej Polaków, którzy budują na wsiach i w miasteczkach kościoły, nie uwzględniające specyfiki lokalnej architektury. Coraz rzadziej można spotkać typowe łemkowskie chyże (domy) — długie niskie budynki łączące pod jednym dachem część mieszkalną i gospodarską. Laszota (od słowa „Lach") — jak Rusini z ironią nazywają polskich osadników — stopniowo zaciera ruskie ślady tej ziemi. Znikają też stare przydrożne kapliczki. Do niedawna nie wzbudzało to większych oporów, ostatnio jednak Łemkowie przestali być tak spolegliwi. Kiedy w czerwcu tego roku ksiądz Franciszek Malarz z rzymskokatolickiej parafii Wysowa kazał rozebrać łemkowską kapliczkę w Hańczowej, podniosła się wrzawa. Kapliczkę wybudowano w XIX wieku i była ona wciągnięta do rejestru zabytków. Ksiądz tłumaczył decyzję złym stanem technicznym konstrukcji i tym, że utraciła ona „charakter kultowy". Zjednoczenie Łemków nazwało postępowanie kapłana łamaniem obowiązujących przepisów. „To nie Łemkowie wywołują konflikt i nie oni go podtrzymują; źródłem konfliktu jest samowolne interpretowanie prawa i tworzenie rzeczywistości faktów dokonanych" — czytamy w proteście tej organizacji. Ksiądz Malarz deklarował jednak, że chętnie odbuduje kapliczkę, ale… w innym miejscu. Kolejnym „faktem dokonanym" stało się sprzedawanie prywatnym właścicielom łemkowskich cmentarzy. Po deportacji grunty Łemków, w tym cmentarze w opuszczonych wsiach, przejęło państwo. Obecnie Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa chętnie pozbywa się ich, sprzedając ziemię każdemu, kto zechce zapłacić. W zamieszkanych wsiach rusińskie groby nie są zagrożone. Stoją tak jak stały, co najwyżej otacza je coraz więcej mogił z łacińskimi krzyżami i polskimi napisami. Do nieumyślnych profanacji dochodzi tam, gdzie już nikt nie mieszka. Nowi właściciele często nawet nie wiedzą, że kupili cmentarz. Opuszczone łemkowskie nekropolie zachowały się między innymi w Czertyżnem, Długim, Czarnem, Lipnie, Florynce, Bielicznej, Blechnarce, Radocynie, Wyszowatce. Cmentarze w Ropkach, Czertyżnem i Bielicznej zostały już sprzedane prywatnym właścicielom.
Ide Łemko do lisa Wolna Polska stworzyła Łemkom warunki do swobodnego działania. Właściwie każde łemkowskie dziecko może uczyć się dziś ojczystego języka (lub ukraińskiego). Okólnik Ministerstwa Edukacji Narodowej mówi, że jeżeli w szkole jest co najmniej troje rusińskich dzieci i rodzice deklarują, że chcą, aby uczyły się one swojej mowy, trzeba im to umożliwić. Nie ma jednak żadnej szkoły czysto łemkowskiej, a języka rusińskiego uczy się obecnie tylko 90 uczniów (ukraińskiego — 3000). — Niby wszystko jest w porządku, ale dlaczego rodzice muszą deklarować, że ich dzieci mają się uczyć po łemkowsku? — pyta Aleksander Maslej. — A czy polscy rodzice też składają takie deklaracje? Nauka języka ojczystego powinna być automatyczna, bez żadnych deklaracji. Będziemy do tego dążyć.
Pojawiła się też szansa na rozwiązanie problemu cmentarzy. Po specjalnym posiedzeniu komisji sejmowej do spraw mniejszości narodowych ustalono, że zostanie powołana wspólna komisja Łemków, Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa i Urzędów Gmin, która oznaczy wszystkie cmentarze, tak by nie zostały one sprzedane wraz z gruntami. Kolejnym krokiem będzie ogrodzenie nekropolii. Tylko raz Łemkowie odważyli się umieścić w miejscu publicznym napis w języku ojczystym — w ubiegłym roku w Kwiatoniu przez dwa miesiące stał drogowskaz pokazujący drogę na watrę odbywającą się w Zdyni. Wprawdzie wywołał on protesty rdzennych Polaków, ale nikt go nie zniszczył. Rusini — inaczej niż Kaszubi — nie chcą samodzielnie ustawiać dwujęzycznych napisów i znaków, ponieważ obawiają się wrogich reakcji polskich sąsiadów. Czekają na ustawę o mniejszościach narodowych, która ma to umożliwić. Na razie z zazdrością spoglądają na pobliskie wsie na Słowacji, zamieszkane przez tamtejszych Rusinów Karpackich, gdzie rusińskie napisy są normą. Łemkowie czekają także na administracyjne przywrócenie historycznych nazw, zmienionych po deportacji. Liczą na to, że Uście Gorlickie będzie znów jak dawniej Uściem Ruskim, a Ropica Dolna stanie się Ropicą Ruską. Rusini nie zgadzają się na ewentualne referenda w tej sprawie, ponieważ we wszystkich wsiach na Łemkowszczyźnie są mniejszością. — Nazwy zostały zmienione decyzją administracyjną rządu, bez pytania kogokolwiek o zgodę i teraz powinno stać się tak samo — argumentują. Wszak nazwy, tak jak architektura, tworzą tożsamość regionu. Udało się też uzyskać kilka korzystnych wyroków w Naczelnym Sądzie Administracyjnym w sprawie zwrotu Łemkom ich lasów skonfiskowanych po wojnie. Rusini chcą odzyskać tylko te lasy, które nadal są własnością państwa, nie zamierzają odbierać własności prywatnej, nawet jeśli ktoś dostał ją z nadania po deportacji prawowitych właścicieli. Łemkowie coraz aktywniej działają, aby ocalić swoją kulturę, jednak bez pomocy Polaków raczej im się to nie uda. Pojawiły się już pierwsze jaskółki dobrej woli ze strony „Lachów". Koło łowieckie „Dzik" wyremontowało kilka łemkowskich kapliczek, harcerze z hufca krakowskiego oznaczają opuszczone cmentarze. Jednak większość Polaków żyjących na Łemkowszczyźnie odbiera działalność Rusinów jako zagrożenie. Każdy napis po rusińsku, zmiana nazwy miejscowości, każdy zwrócony las będzie im przypominał, że nie są na swoim, że pewnego dnia może przyjść do nich prawowity gospodarz i powiedzieć: — To moje pole, to mój dom, musisz odejść. Jak się wydaje, odrodzenie Łemków będzie automatycznie prowokować konflikt z Polakami. Trzeba z obu stron wielkiej ostrożności oraz wyrozumiałości, aby tego uniknąć. Tylko czy Lachom i Rusinom starczy dobrej woli? Nasza wspólna historia skłania raczej do pesymizmu
Najwięcej kontrowersji wśród naukowców wzbudza pochodzenie Łemków. O ile bowiem nie ma wątpliwości, że swój język i tradycję wywodzą z dawnej Rusi, to pozostaje jeszcze tajemniczy ślad wołoski. W średniowieczu po łuku Karpat z południa na północ wędrowały grupy pasterzy rodem z Bałkanów. Porozumiewały się najprawdopodobniej językiem zbliżonym do rumuńskiego. Ludność osiadła zwała pasterzy Wlachami (Wołochami). Niektórzy badacze sugerują nawet, że mogli znaleźć się wśród nich Albańczycy. Wlachowie osiedlali się na północnych stokach Karpat, gdzie przemieszani z Rusinami, mieli dać początek Łemkom. Sami Łemkowie mają na ogół dość sceptyczny stosunek do „śladu wołoskiego", uważając się za stuprocentowych Rusinów.
Najsłynniejszym Łemkiem w komunistycznej Polsce był malarz–prymitywista Nikifor, a właściwie Nykyfor Drownjak, mylnie uważany przez niektórych miłośników sztuki za Polaka. Nikifor nie mówiący nawet dobrze po polsku trzykrotnie doświadczył deportacji i trzykrotnie wracał na ojczystą Łemkowszczyznę. Artysta urodził się w Krynicy, został ochrzczony w rycie greckokatolickim pod imieniem Jepyfan (Epifaniusz). Ponieważ było ono rzadko spotykane wśród Łemków, nazywano go — Nykyfor. Zmarły w 1968 roku, zostawił po sobie 30 tysięcy różnych prac — głównie akwarel — inspirowanych malarstwem ikonicznym.
autor:Andrzej Talaga
Jak skończyłeś czytać to zamknij okienko